poniedziałek, 9 kwietnia 2007

Kolęda przedwielkanocna


Na wizytę wybrałem Wielką Sobotę bo wtedy właśnie najwięcej się gotuje przed świętami, ale muszę powiedzieć, że projekt kulinarny niewiele na tym zyskł. Większość moich rozmówców nie miała jakoś głowy do świąt. Praca, choroba, zajęcia. Poza tym jeszcze się wstydzą. Acha, miałem jeszcze pomysł rozdawania kart wielkanocnych wszystkim u których będę, ale nie dojechały. Może to i dobrze...
U Z* sobotnia krzątanina. Żona pracuje w karczmie na wieczorną zmianę (do 23.00) więc większości obowiązków związanych z przygotowaniami do świąt podjęła się babcia (bardzo towarzyska). Przyjąłem od niej na klatę dwa olbrzymie kawałki ciasta i pogwarzyliśmy sobie. Na zdjęcia ani obszerniejsze opowieści nie dała się namówić. Widocznie wciąż wzbudzam nieufność. Ale za to ja sobie pogadałem.
Zastanawiam się, czy między rozmawianiem w salonie a w kuchni jest jakościowa różnica. Pierwsze konsultacje z Z* dotyczące projektu odbyliśmy w salonie dwa tygodnie temu i było poważnie, rzeczowo i po męsku. Poruszaliśmy tematy, na które kobiety czmyhały. Dziś rozmawialiśmy w kuchni w towarzystwie pań, gotujących się ziemniaków, dzieciaków przewalających się z kąta w kąt w samym środku przedświątecznej krzątaniny. W tych okolicznościach nasz konkret, czyli plany projektowe, nasze rozważaniaa o przyszłości, zderzyły się i wymieszały się z komentarzami do wypieków wielkanocnych, uwagami o konieczności zrobienia porzadków w domu i o ilości członków rodziny spodziewanych w drugim dniu świąt. My - faceci wtargnąliśmy do kuchni, do strefy zastrzeżonej kobietom (kinder, kirche und kitschen) - i co mnie szczególnie ucieszyło - dyskursy nam się przeniknęły, a kontekst poszerzył. Pod koniec rozmowy gospodyni dosiadla się do nas przysłuchując się w uwaga padającym pomysłom.
Mam leciutkie wrażenie, że dzięki tej nasiadówce w kuchni udało się przełamać jakąs niewidzialną barierę.


U O* smutno. Zastałem tylko babcię w towarzystwie siostry, w paskudnym humorze, z objawami depresji, świeżo po wyjściu ze szpitala, do którego trafiła już któryś raz z rzędu. Dotrzymałem towarzystawa starszym panią. Nie obyło się bez ciasta ale już nie dałem rady zjeść w całości. Potem przyjechała Justyna z mamą. Wracały prosto z pracy - od tygodnia przygotowują wesele - trochę grosza wpadnie, ale coś za coś - świąt nie przygotują tak jakby chciały. W niedzielę wielkanocną znów do pracy.

Sołtysowa w ogóle podniecona świętowaniem, akurat wybierała się do kościoła kiedym do niej zaszedł. Dostałem smakowity podpiwek i porobiłem zdjęcia. Na stole święcone, babka gotowanej w wodzie i zupełnie bezkonkurencyjne w skali wsi ozdoby świąteczne.




A*, dał mi się dzisiaj poznać jako hodowca koni. Kiedyś uprawiał boczniaki, ale interes zarzucił z braku zbytu. Mimo to chętnie zacznie coś nowego. Ten facet ma pasję, błysk w oku i serce do pracy. Bardzo mi się to podoba.


W poczuciu dobrze spełnionego zadania animator wracał następującą kombinacją środków lokomocji :


w towarzystwie pięknych pań.

Brak komentarzy: